Tags

Related Posts

Share This

Zakarpacie 2013

Zakarpacie

No i znowu Ukraina, tym razem południowa tuż przy granicy z Węgrami – Zakarpacie. Wycieczka bez specjalnego planowania, ustalone tylko jak mniej więcej byśmy jechali i w jakim miasteczku spali. Skład w sile czterech moto, Ja na xx-sie, Sylwek na Bandycie, Norbert – duże Varadero i Grzegorz – BMW RT. Wyjazd ze Świdnika uzgodniony z Sylwkiem na 8 rano w piątek, Norbert z Grześkiem pojechali w czwartek nad Solinę . Mieliśmy dolecieć do granicy w Krościenku w piątek i tam połączyć siły 

Trasa do granicy w Krościenku upływała bez najmniejszych problemów, kilometr za kilometrem ze średnią 140km/h uciekała błyskawicznie, szybkie tankowanie w Birczy przed granicą, by w jechać w dzikie tereny na Polskim dużo lepszym paliwie na Ukrainę. 


Trasa moja i Sylwka na miejsce zbiórki

Dolatujemy do granicy zatrzymujemy się przed wjazdem i czekamy na chłopaków. Po około 15 minutach jesteśmy w komplecie, krótka gadka i wjeżdżamy na przejście graniczne. Miało być szybko i nie było. Już po stronie ukraińskiej  Po stronie polskiej celniczka się uparła, że będzie sprawdzać numery ram, otwierać kufry itd. zeszło nam z godzinę w sumie na granicy, plus godzina przesunięcia czasu i robi się mało czasu na zaplanowaną trasę. Celnik ukraiński zadaje nam dziwne pytania – Opony na zmianę macie?, Gdzie jedziecie? Odpowiadam mu że pojeździć po Zakarpaciu, pokazujemy mu mapę i w tym momencie uśmiech od ucha do ucha i mówi ” Tam nie ma dróg”, troszkę mu nie dowierzamy, ale miał rację TAM NIE MA DRÓG no może są, ale drogi nasze polne bezpieczniejsze do poruszania na moto niż tamtejsze 🙂 Jakieś 20km za granicą trafiamy na bardzo fajną restaurację „SALZBURG”, co prawda „w szczerym polu” ale naprawdę w środku bardzo miło i przyjemnie, jedzenie też nam smakowało, kwas chlebowy wypity ze smakiem, ceny również nie powalały. Nie mogliśmy posiedzieć za długo bo kawał drogi przed nami a właściwie dziur 🙂

Sianky  Minuta za minutą upływa a droga strasznie opornie w godzinę robimy jakieś 50 – 60km maksymalnie, do tego nie ma kilometra drogi by nie jechać od pobocza do pobocza (zastanawiam się ile kilometrów nałożyliśmy jadąc tym slalomem) wymijając wielkie dziury, w niektórych powkładane były choinki. Ruch samochodowy praktycznie poza miejscowościami nie istnieje co ułatwia nam troszkę lawirację między dziurami. Tuż przed przełęczą Użocką zatrzymujemy się przy miejscowości Sianki na krótki odpoczynek, by dać chwilę odpoczęć rękom. Decydujemy w tym miejscu że musimy niestety skrócić trasę bo nie wyrobimy się czasowo, a noclegu nie mamy, właściwie to nic nie mamy 🙂 Decydujemy że w Użoku skręcimy w drogę krajową (na mapie którą posiadaliśmy była zaznaczona kolorem żółtym). Do tej decyzji przyczynili się chłopaki z Polski na rowerach którzy dojechali do nas i trochę pogadali. Jedziemy dalej, dojeżdżamy do przełęczy a tam szlaban, budka strażników, podjeżdżamy wychodzi dwóch pograniczników  – Paszporty proszę!. Popatrzył obejrzał podniósł szlaban i jazda. Dojeżdżamy do Użoku, drogowskazy są a drogi nie widać, a mieliśmy skręcić tu gdzieś w lewo. Zatrzymujemy się przy wiadukcie kolejowym odwracamy głowy i znowu drogowskazy pokazujące że jednak droga jest. Co jest myślę, znaki z tej znaki z tej a drogi nie ma? Podbiegło trochę dzieciaków do nas, Norbert pyta się ich czy tam jest droga, odpowiadają że jest. Zawracamy, po około 500m skręcamy w poszukiwaną drogę i zatrzymujemy się. Droga szerokości 4-6m wysypana kamieniami. Grzesiek stwierdza że to tylko na początku pewnie taka. Krótkie zastanowienie, jedziemy!

Uśmiechnięte mordy i droga której nie ma Początek naszego skrótu


Planowana trasa od granicy do miejsca noclegowego

Do pokonania od granicy do miejsca gdzie zaplanowaliśmy nocleg jakieś 260km co jak się okazało po raz pierwszy jest nie do pokonania dziurawymi drogami, na przełęczy użockiej byliśmy o 18 ukraińskiego czasu a to nawet nie była połowa drogi.

Tak wyglądała trasa po modyfikacji


Droga krajowa której niema Droga nas zaskoczyła, jeżeli już coś było to uklepana ziemia z dziurami lub wysypane kamienie, tak jak by ktoś szedł strumieniem i wszystkie kamienie ze strumienia wyrzucił zaraz poza strumień, nic nie ubite, kamienie wielkości piłki tenisowej, czasami trochę większe, raz okrągłe raz pokruszone ostre. W naszych głowach, jedź ostrożnie, nie złap gumy, nie wypierdol się …. prędkość średnia na tej drodze to 5km/h – 10km/h. Na tych cholernych dołach wysiadł mi przekaźnik wentylatora co spowodowało że jak się zatrzymaliśmy, nie zgasiłem silnika i zagotowałem XXa, wymuszona przerwa, zrzuciłem bagaże z siedzenia dobrałem się do przekaźnika, szybka zmiana z przekaźnikiem od świateł i wentylator ruszył a ja pozbyłem się długich 🙂 Uzupełniamy w między czasie płyny, przeżywamy drogę. Jadąc po tej drodze jako ostatni miałem najgorzej, chłopaki jadąc przede mną wznosili kłęby kurzu, jadąc z podniesioną szczęką w kasku, moja twarz wyglądała jak u kominiarza 🙂 Po 14km bezdroży i jazdy po czym się tylko dało przejechać dojeżdżamy do miejscowości  Roztoka, pojawia się asfalt (oczywiście dziurawy) który towarzyszy nam już do drogi międzynarodowej M06 która jak się okazało ma całkiem niezłej jakości asfalt, wpadamy na międzynarodówkę i z prędkościami troszkę nieprzepisowymi docieramy do Berehove.  dsc_0995  Zajeżdżamy pod ośrodek z basenami termalnymi, pytamy o pokoje niestety wszystko zajete, godzina 21 a my bez noclegu. Pytam kobiety gdzie poza tym miejscem możemy coś znaleźć, pokazuje mi ręka że tam prosto 200m. Idę z Sylwkiem, oooo restauracja z hotelem – nie ma miejsc, obok restauracji pensjonacik, dzwonimy wychodzi miła pani, łamanym rosyjskim dogadujemy się. Może nam wynająć trójkę + dostawka za całe 80 Hrywien za łeb, szybki rzut okiem przez Sylwka na pokój – bierzemy. Całe szukanie noclegu po dojechaniu zajęło nam może 30 minut. rozgaszczamy się w pokoju pierwsi idą pod prysznic a inni na piwo 🙂 Zanim się chłopaki wypięknili ja z Norbertem już po dwa Czernihowskie zrobiłem:) 

basen Dzień drugi przywitał nas krzykiem Sylwka wstawać!!!! 8.00 idziemy na Basen, powoli zwlekamy się z łóżek, idziemy na kawę i na basen. Okazało się, że z domu nie wziąłem klapek a Grzesiek kąpielówek wiec na ulicznym straganie musimy zrobić zakupy. Kupiłem japonki Adidasa 🙂 tylko takie mieli. Basen przypominał nasze Polskie basenu na otwartym terenie z lat 70 ubiegłego wieku, wypełniony był dziwną zielona mazista śmierdzącą siarką wodą o temperaturze 35 st. C. By nic nie wnosić na teren basenu wchodziło się schodkami do tunelu gdzie woda sięgała po szyje by po jakichś trzech metrach dojść do właściwego już miejsca basenowego – normalnie kosmos 🙂 Zdjęcie po lewej przedstawia basen termalny w którym dupy moczyliśmy, Niestety zdjęcie zapożyczone z google maps i to chyba z przed kilku lat, dzisiaj już tej skoczni nie ma.

Po kapieli wracamy do pensjonatu, szybki prysznic by zmyć z siebie resztki siarki i idziemy na obiad a później w drogę. Wylatujemy z Beregove o 13.00. przed nami jakieś 280km a obrany punkt spoczynku na drugi nocleg w Svalavie


Zakarpackie ARBUZY  Wyjechaliśmy dość sprawnie, a Panie w okolicach 50-60 lat stwierdziły że ten malczyk  wskazując na Sylwka się pięknie wyperfumił i pociągając nosem palcem pokazywały na srebrny motocykl. Ubaw miałem nie miłosierny! Wyjechaliśmy z Berehove w stronę Tiaczewa. droga pozwalała rozwijać miejscami prędkość kosmiczną 80 km/h żeby po chwili zwolnić do 10 wyminąć odcinek 10 metrów dziur i przyśpieszyć znowu do 80. Po drodze mijaliśmy stragany oferujące okoliczne specjały, melony arbuzy, swojskie winiacze i inne warzywa 🙂 Ja z Sylwkiem nauczeni doświadczeniem, że ukraińskie arbuzy są jednymi z lepszych i nie są „chujowe” postanawiamy opierdzielić połówkę, zresztą dobrze się przy tym upierdzielić. Słodkie były niemiłosiernie z czego ze swojej połowy połowy nie zjadłem :D.

dsc_1004  Dojechaliśmy do Khustu pech chciał, że moja nawigacja postanowiła mnie poprowadzić po niezłych dołach i stwierdziłem, że źle nas prowadzi, zatrzymałem się, zerknąłem na nawigację i postanowiłem, że powinniśmy polecieć przez miasto, może będzie ciekawiej, lepiej równiej. Kazałem chłopakom zawrócić i skręcić w prawo na rondzie, wszyscy się posłuchali prócz Sylwka:) wybrał drogę na wprost. dojeżdżamy do następnego  skrzyżowania  patrzę w lusterko nie ma go, macham chłopakom by poczekali nawrotka i w miejsce gdzie się najprawdopodobniej zgubił – Sylwka brak, wracam gdzie zostawiłem chłopaków – brak chłopaków – zdziwienie niedowierzanie i ogarnął mnie śmiech :). Zatrzymałem się na rynku wyciągnąłem telefon i dzwonie do Sylwka – po którejś próbie odbiera i mówi że stoi na stacji po lewej stronie z zielonym szyldem – do pozostałych nie mam telefonu. dsc_1011  Jadę jadę jest stacja, ze stacji machają mi Norbert z Grześkiem – niby wszystko się zgadza, po lewej zielony szyld tylko że jak pytam gdzie Sylwek to ręce rozkładają 🙂 Chwila zdziwienia w moich oczach, przychodzi sms wróć tam gdzie się zgubiliśmy – jako, że byłem ubrany i nie zdążyłem zejść z moto wracam. Ponad 20 km nadrobione ale znajduję Sylwka, prowadzę go na A3C gdzie czekają chłopaki – i gdzie Sylwek opierdolił wszystkich :). Po małym MONOLOGU jedziemy dalej na Tiaczew, droga coraz gorsza, plan zakładał tankowanie przy wylocie z miasteczka, zatrzymujemy się na stacji i się dogadać nie możemy, Pan przy dystrybutorze twierdzi że 95 oktanów leci tylko z tego kija, po drugiej stronie jest zepsuty a Pan w środku stacji twierdzi że jest sprawny, wkońcu na tankowaniu schodzi nam dobre 40 minut (tych co nie wiedzą jak się tankuje na Ukrainie odsyłam do wycieczki na Odessę). dsc_1013 Jest godzina 17 a my zrobiliśmy raptem 90 kilometrów od wyjazdu, musimy zaktualizować drogę bo zastanie nas Noc i gówno pojedziemy. Pytam się człowieka na stacji jaka droga wskazując palcem na mapie gdzie chcemy jechać. Facet popatrzył najpierw jak na idiotów bo przecież w to miejsce łatwiej dojechać ztąd co jedziemy i droga lepasza, a po drugie stwierdził że tam nie ma drogi! Zwątpiłem czy aby nie było tak jak z dystrybutorem:). Wyciągnąłem telefon i pokazuje mu drogi Ukrainy najpierw dziurawą  – Tam charaszo oczeń płocha – pokazuje mu ścieżkę z kamieni –  da płochaja ale tam charaszo płochaja – no i plan musiał ulec zmianie, facet zamiast tankować podjeżdżające samochody pokazywał nam przejezdną drogę. Troszkę szkoda bo gdyby to była godzina 12 to chyba byśmy zaryzykowali. Z Tiaczewa wracamy jakieś 7 – 10 km i modyfikujemy trasę – w końcu musimy przebić się przez Karpaty 🙂


Zmodyfikowana trasa ze wskazówkami od Pana ze stacji 🙂

dsc_1012 Trasa nam mija całkiem przyjemnie, przyzwyczajeni do dziur i lawirowania od prawego do lewego pobocza a nawet jazdy poboczem pokonujemy ciekawe kilometry, pełne niesamowitych krajobrazów, przeżyć na drodze, dzieci i dorosłych machających nam rękami, niesamowicie przerobionych Ład, pięknych kobiet przez które wpadaliśmy co raz w głębokie dziury. To trzeba zobaczyć. To trzeba przeżyć. Niesamowitą atrakcją dla chłopaków był mostek o długości około 100 metrów – kładka którą gospodarz połączony został z cywilizacją (drogą). Kładka na linach od samego wiatru się nieźle kołysała a co mówić o Sylwku który postanowił po niej poskakać i pohuśtać się na niej – myślałem że ją zawali. Następna rzecz która mnie ogromnie zdziwiła, niby jedyna droga przejezdna droga przez Karpaty a po 40 km od wjechania na nią pojawia się znak, za 7 km droga nie przejezdna dla …. i ty wyszczególnione kila typów samochodów, szerokości długości, tonażu. dsc_1026  Po dojechaniu na miejsce okazuje się, że droga po prostu zawaliła się zabierając ze sobą cały zakręt, Ludzie usypali sobie z kamieni tymczasowy skrót który jak się okazało działa od 2007r. :). Jedziemy dalej, jestem pod niesamowitym wrażeniem Karpat ukraińskich, dzicz, lasy, brak wszystkiego, nie ma nic, Ty i przyroda a w dole ciągnąca się wioska do której nie ma żadnej drogi, myśli się biją ze sobą, niby wielka wieś – a gdzie ludzie, z czego oni żyją , co oni uprawiają, jak tu jest w zimie…. itd? – Uwielbiam ten klimat te myśli. Po około 90 km droga staje się troszeczkę lepsza pozwala na osiąganie minimalnie szybszych prędkości, docieramy do naprawdę pięknego miejsca nie da się go opisać, PUNKT WIDOKOWY widać wspaniałe doliny, góry szczyty, pogoda również pozwala wgląd w dal szczytów, odległych szczytów,

dsc_1041

Svalyava  Godzina za godziną mija, powoli zaczynamy się martwić że zastanie nas w tych górach tej dziczy na noc, zaczeliśmy się nawet rozglądać za hotelami, przydrożnymi lecz nic nam nie pasowało. Nocleg zaplanowany w Svalyavje działał na psychikę, że musimy tam dojechać. Udało się, przed samiutkim zmrokiem zaraz po wjechaniu do miasteczka znaleźć całkiem przyjemny hotelik, restauracja na dole, motocykle zaparkowane pod oknami, obsługa miła. Rozgościliśmy się w małej altance, gdzie pani powiedziała, że możemy siedzieć w niej i całą noc, ale zamówić wszystko musimy do 23. Dobrze po północy zakończyliśmy gościnę i poszliśmy spać. Rano szybkie śniadanko, zjedliśmy po jaku sadzonym ja wziąłem z żółtym serem i boczkiem do tego dwie kawy i na nogach stanąłem, Norbertowi cos źle sie zrobiło i praktycznie nic nie zjadł. Po śniadaniu szybki wypad na misteczko, gdzie wszyscy poszli z zamiarem kupienia trunków wysoko procentowych (koniaków) lokalnych i ewentualnie jakichś pamiątek. po powrocie szybkie pakowanie i wyjazd w strone Lwowa gdzie przynajmniej droga przypominała drogę i stwarzała pozory wmiare bezpiecznego dotarcia do domu

Trasa powrotna


Wyświetl większą mapę

Droga powrotna upłyneła nam całkiem przyjemnie prędkości przelotowe w okolicach 140km/h, jedynie we Lwowie musieliśmy zwolnic ze wzgledu na panujace korki.

Wyjazd na spontanie, bez rezerwacji miejsc noclegowych, gdzie na każdym kroku coś zaskakuje, uważam za udany. Napewno jeszcze tam wrócę, miejsca pełne uroku, magii, niesamowitych ludzi, krajobrazy wspaniałe, dzikie i jakże naturalne, nie dotknięte jeszcze ręką człowieka.

 

468 ad