Tags

Related Posts

Share This

05.09.2012 – Dom – Odessa cz. 1

 

odddddPrzejechać kawałek świata, na hardcorze – praktycznie bez planów. Wyrywasz się z rzeczywistości, kładziesz na wiatr i płyniesz w stronę przygody, innej kultury i wolności  – bo zawsze chciałeś to robić, bo o tym marzyłeś bo wiesz, że dla takich chwil, nawet gdy jest ciężko, warto żyć. Przebyć 1100km tylko po to by stanąć na murach Twierdzy Akermanu. Dobry cel? Idealny.

opis powstał dzięki Tomkowi (drobne korekty i uzupełnienia Ja)

Chodźcie! Opowiem wam. Płyńcie ze mną. Ukraina. Dziki kraj – tak nam mówili przed wyjazdem.

Na początek kilka słów o postaciach wystepujących w tej przygodzie oraz ich maszynach. Sylwek – Bandit 1200, Jacek zwany Zającem – Yamaha FZS Fazer 600, Paweł vel Zvierzak na Hondzie CBR XX oraz moja skromna osoba na FZS’ie 600. Wspomnę też, że nikt z nas nie jest świeży w temacie motocykli i kilka sezonów już przelatane, bardzo często wspólnie.

Wszystko zaczęło się rok wcześniej. Zvierzak stwierdził, że może by tak odwiedzić Ukrainę, skutkiem tego była moja i jego jednodniowa wycieczka do Lwowa (TU) z gorącym postanowieniem powrotu ale na dłużej i dalej. Po bardzo pozytywnym wrażeniu z Ukrainy pewne było, że wrócimy tam jeszcze. W tym miejscu zaczęły się problemy bo nie wiadomo kiedy, gdzie, na jak długo i że praca, urlop, fazy księżyca czy co tam jeszcze. Takie planowanie może skończyć się tylko w jeden sposób – hardcorowo.

Szybki plan, wyjeżdzamy w środę o 4 rano. Brzmi wspaniale. W moim motocyklu, jadąc na zlot do Bałtowa wyszła chłodnica, motóra odebrałem z serwisu tuż przed wyprawą. Zając z powodów osobistych do godziny 20 we wtorek nie wiedział czy jedzie czy nie. Po szybkich ustaleniach – zaczęło się.

Przygotowania.

Nocleg: Zarezerwowany – w centrum Odessy. Hostel. 75zł za osobę/noc. Plan podróży: Za strzała dolecieć do Odessy. Pierwsza trasa – Dorohusk potem Kovel i dalej na południe Rivne, Żytomierz, Uman i Odessa.
Wyświetl większą mapę Po konsultacjach ze znajomym spedytorem międzynarodowym oraz autohtonami-motocyklistami na granicy trasa została zmieniona na trasę prowadzącą bezpośrednio do Kijowa a potem do Odessy. Powodem była lepsza nawierzchnia (o zgrozo – o czym potem) oraz brak konieczności jazdy przez duża liczbę małych miejscowości.

Wyświetl większą mapę

Bagaże:

Fazer Alamaya: Duży kufer centralny, sakwy boczne Oxford bez stelaża. Tankbag oraz zwykły plecak przypięty w miejsce pasażera. Pod plecakiem, pokrowiec na motocykl na wszelki wypadek i gdyby padało w Odessie. Podstawa czyli przeciwdeszczówka, Power Tape (120 metrów), 200 opasek plastikowych w różnych długościach, dodatkowy kluczyk do motocykla, komplet narzędzi by móc rozkręcić maszynę na części pierwsze a potem poskładać w jedną całość, dolary dla DAI (ukraińska milicja drogowa), smar do łańcucha, zestaw naprawczy koła w postaci pianki, nawigacja z wgranymi mapami Ukrainy (Ovi Maps Nokii dały radę), szmatka do przecierania szyby kasku, dodatkowe gumy do mocowania bagażu.

Warto tutaj zaznaczyć, że sakwy montowane były na opaski plastikowe a nie przeznaczone do tego paski parciane, gdyż plan zakładał podróż jednego dnia bez konieczności zdejmownia całego kompletu więcej niż raz. Z racji braku stelaża sakwy opierały się na zadupku, który musiał zostac zabezpieczony przyklejoną uszczelką okienną do lakieru oraz matą antypoślizgową od strony sakw. Bawmy się czyli komu w drogę temu gazolina.

Dzień pierwszy

Spełniając plan wyjazdu o 4 rano ze Świdnika (pod Lublinem) wyjechaliśmy o 4:30 po zatankowaniu i wstępnych ustaleniach.

Pierwszy obrany punkt to Dorohusk. Zaczynało się całkiem spokojnie. Noc, słuszna prędkość, trochę utrudniającej jazdę mgły. Nic specjalnego. Staram się nie myśleć ile drogi jeszcze przed nami. Przejście graniczne bez problemów. Polska celniczka bardzo miła, przeprawa po naszej stronie poszła szybko i bez zbędnych trudności. Teraz pora na Ukrainę. Kilka krzywych spojrzeń celników, ale maksymalnie podpalony czekającą trasą nie zważam na to. Czekam… Standardowa karteczka z marką motocykla (u mnie: Omaha) oraz numerem rejestracyjnym, paszporty, pieczątka, kilku “znajomych” celnikom ludzi przechodzi bez kolejki. Oddają nam dokumenty, wsiadamy, odpalamy. Zostajemy cofnięci z powodu braku drugiej pieczątki. Wracamy, znowu czekamy i czekamy. Pieczatka wbita. Witaj Ukraino! Zając wymienił walutę po naszej stronie. My chcemy po przekroczeniu granicy. Sztos – change money, good price ale kurs bardzo dobry i lekka obawa by wymieniona na czarno waluta nie była lewa. Wymieniam 500zł, reszta potrzebnej gotówki będzie z bankomatu a płacić chcę na stacjach plastikiem – co jak się okazało sprawia sporo problemów bo najpierw trzeba płacić a potem można tankowac. Niby nie wydaje się to skomplikowane ale idąc do kasy, motocykl tankuje pracownik stacji. Sprzęt stoi na bocznej stopce, na centralkę trudno wrzucić bo bagaże przeszkadzają, a na bocznej pistolet odbija przy połowie baku. Zazwyczaj powodowało to sporo zamieszania zwłaszcza dla mnie, bo o ile po angielsku mówię bardzo dobrze to język rosyjski jest mi kompletnie obcy a w mowie ojczystej ciężko się dogadać, szczególnie dalej na wschodzie.

Frustracja jaka czasami nas otaczała przez chore tankowania wyzwalała w nas na początku pokłady śmiechu a w drodze powrotnej lekkie wkur… No bo jak reagować, gdy chcesz zatankować motocykl do pełna a po podniesieniu pistoletu i włożeniu go do baku nic nie leci. Najpierw musisz pójść do obsługi zapłacić za ile chcesz nalać a później tankować, gdy chcesz płacić kartą musisz zostawić kaucję i później jak zapłacisz to Ci oddadzą. Zamiast 15 minut spędzonych na stacjach schodziło i po pół godziny a nawet dłużej.

Gdzieś 200km przed Kijowem Pierwsze spostrzeżenia. Masa psów, bardziej brudno niż po naszej stronie ale nie przejmujemy się tym. Szybka kawka, spojrzenie na GPS i więcej niż 1000km. Nie ma co stać trzeba jechać. Kierunek Odessa. Szok. Droga równa jak stół. Dwa pasy po każdej stronie i duże pobocze. Do okoła lasy i pola, wschód słońca. Średnio 150-160 na liczniku. Fazer pożera paliwo w oczach ale kilometry lecą więc średnie spalanie 6,5L na 100 nie robi mi większej różnicy – bo podróż będzie krótsza. Niespotykany u nas już widok ludzi pasących krowy, po prostu coś pięknego na zdjęciu poza naszym śniadaniem widać drogę z betonu, która ciągnie się przez ok 400km. Kilka słów o drogach. Główne drogi są w bardzo dobrym stanie i praktycznie puste, droga do Kijowa tylko jakieś 40km od stolicy jest jednym wielkim remontem ale nawierzchnia bardzo dobra, czasem trafiają się dziury albo uskoki ale nie jest to nic szczególnie przeszkadzającego i zachowując tylko trochę przytomności i spostrzegawczości można bezstresowo i w szybkim tempie pokonywać kilometry.100, 200, 300 kilometrów pokonane. Betonowa droga przed Kijowem  Milicja: Samochody z naprzeciwka mrugają światłami gdy stoi Kontrol. Czasami zwalniamy. Czasami… Zazwyczaj “pomachają nam tylko na szczęśliwą drogę”.Dzikie pola przy drodze. Piękny widok…Postoje praktycznie tylko na tankowanie. Paliwo trochę tańsze niż u nas. Jakość paliwa widać gołym okiem po różnicach w spalaniu między tankowaniami. Jest bardzo różnie. Tankujemy zawsze najdroższe jakie mają. Najlepsze wydaje się być na Łukoilu. Lekko już zmęczeni dobijamy do remontów drogowych przed Kijowem. Światła i ruch wahadłowy dają się we znaki, powoli staje się bardzo upalnie. Tutaj zaczyna się robić ciekawie. Ludzie jeżdżą jak chcą – poboczem, lewym, prawym pasem… wszystko jedno. Jak ktoś ma terenowy samochód to tnie nie patrząc na innych po remontowanej nitce. Zaczyna się trochę niepewność czy dobrze jedziemy i gdzie mieliśmy skręcić w prawą stronę. Doturlaliśmy się do Kijowa… i istny Bombaj. Samochody z każdej strony, kierunkowskazów brak, o dziwo nikt nie trąbi gdy ktoś wymusza zmianę pasa. Widocznie są przyzwyczajeni. Mijamy cały czas te same auta – po 15, 20 minutach zaczynają nam ułatwiać jazdę zostawiając więcej miejsca na pasach. Da się przyzwyczaić. Kolejne już światła, przepychamy się na sam przód kolejki. Zając pokazuje, by wyprzedzić wszystkich i zdobyć trochę miejsca do jazdy. Tak robimy. Start ze świateł, ryk silników, wyboje podbijają mi przednie koło. Czerwone pole obrotomierza, wbijam drugi bieg i widzę – Milicjant z suszarką schowany za budynkiem w poboczu. Moment zaskoczenia naszego i jego… i tak jest za późno by hamować. Nikt za nami nie jedzie. Korki ominięte, ale ruch na drodze tutaj zdecydowanie większy. Połowa trasy za nami. Kierunek Odessa.

Powoli dzień zaczyna się kończyć. Jesteśmy już dostatecznie zmęczeni by myśleć tylko o zimnym piwie, prysznicu i łóżku – ale nie ma tak łatwo. Zbliżając się do celu podróży, nasza droga zamienia się w jedną wielką 5 pasmową szosę i do tego jeszcze pobocze. Podobno ten pas na środku, oddzielony ciągłymi liniami, w pewnych godzinach może służyć do jazdy w jedną lub drugą stronę – z tego co widziałem to służy tylko do wyprzedzania. Ciekawostka: prędkość trzymamy cały czas taką samą i co chwilę mijają nas Lexusy i nowe BMW. Kraj kontrastów.

Kolejny już postój na tankowanie. Z przerażeniem zerkam na nasze opony. Trzymają się ale jednak beton i prędkość daje się we znaki. “Jak cię zatrzymają to mów, że tą oponę to ci ktoś podrzucił” rzuca Zając patrząc na kwadratologię na moim tylnym kole. Robi się bardzo mało ciekawie w tym temacie. Słońce zachodzi a my jesteśmy prawie u celu. Pierwszy widok :

Pokrzepieni pięknem zachodu, czując zmianę klimatu na cieplejszy, wsiadamy na maszyny i wjeżdżamy do Odessy  dsc_8184 dscn3383a .

Miasto:  Drogi fatalne, przejazdy kolejowe wymagają wzmorzonej czujności, samochody jeżdżą jak chcą. GPS trochę wariuje, kręcimy się po centrum – to miało być gdzieś tutaj. Na szczęście Odessa jest na Mapach Google z opcją Street View więc wszystko wydaje się być przynajmniej trochę mniej obce. Po nadłożeniu kilku kilometrów dojeżdzamy do celu czyli “Marian’s Home” – samo centrum miasta, osobna brama wjazdowa z kratą, parking we wnętrzu, cena bardzo przystępna. Trzeba się zameldować. Idziemy ze Zwierzakiem. Tak to my, pokój dla sześciu osób ale jest nas 4 osoby, płacimy za całość tak, tak, tak, motocykle postawimy tu przy tym murku. Chwila przerwy. Gospodarz: Motocykle?! Jakie motocykle?! – Że, co? – patrzę na człowieka ze zdziwieniem. I się zaczęło. Że, nie wolno, że sąsiedzi, że pisało, że parking ale tak na serio to parkingu nie ma ale mówił, że był ale jednak nie ma i że możemy sobie postawić przy ulicy ale nie tu. Opcja parkowania motocykli, które i tak samą swoją obecnością wzbudzały ogromne zainteresowanie, w centrum Odessy tuż przy deptaku z knajpami i pijanymi ludźmi jakoś nam się nie uśmiechała. Szybka narada, wysłana druga grupa negocjacyjna w składzie Sylwka i Zająca – skutek taki sam. Werdykt: szukamy czegoś innego. Tak o to pojechaliśmy do Odessy i zostaliśmy bez noclegu. Upalna noc, strasznie duszno. Śpijmy na plaży! Właściwie to czemu nie? Najpierw zapytajmy taksówkarza czy ma może jakiś pomysł jak poratować Poljaków. Pomysł miał, a jak, od 100 do 300 euro za noc – jednak trochę za dużo. Internet, internet… gdzie jest internet gdy go potrzeba?! O ktoś zostawił WiFi bez zabezpieczeń. Zbieramy zapisane wcześniej adresy. Na bajki i jedziemy. W tym momencie dochodzimy do sceny gdy znajdujemy się na brudnej, ciemnej ulicy, która chyba nawet była jedną z głównych i myślimy co robić. Ostateczny plan zakłada taksówkarza i niech nas zaprowadzi gdzieś gdzie mogą być miejsca w normalnych cenach. Obojętnie gdzie. Siedzę, tak na motocyklu i myślę – “Nie no, bez żartów, przecież nie może być tak, że przejechaliśmy taki kawał tylko po to by teraz nie mieć gdzie spać. Będzie dobrze!” O dziwo się udało, po chwili jechaliśmy zwartym szykiem za taksówką do Domu Pavlovych (nie wiem jak to się pisze), dobre 15km od centrum Odessy. Trudno, niech będzie. Linia tramwajowa przy ulicy, wszędzie psy i brud, godzina 21 i tylko trochę światła od latarni. Okolica wygląda jak najgorsza dzielnica w dużych miastach w naszym kraju. Zostawiamy motocykle i idziemy obejrzeć co to za polecany nocleg. Widać plażę! I słychać bardzo głośną muzykę. Właściwie to przyjechaliśmy odpoczywać, więc muzyka też nie zaszkodzi. Idę zobaczyć to dziwne miejsce. Wychodzę zza rogu i widzę milicjanta. Za nim jakieś 20m asfaltu szerokości dwóch samochodów i świecący szyld. Obok plastikowa replika Gold Wing’a. Czyli jesteśmy w domu.

Dom Pavlowych Dom Pawlovych - dojścia Dom Pavlowych - Piętro Pierwsze wrażenie? Przenieśli mnie w czasie do zajazdu przy autostradzie  w latach 70 w Ameryce i wymieszali to z nowobogackim rosyjskim stylem. Wszystko się świeci do tego słonie z bronzu, lwy, tygrysy, żywy kangur tak samo jak bociany i łabędzie. To chyba znaczy, że na bogato i do tego wszędzie milicja oraz wynajęta ochrona. No to o motocykle nie musimy się martwić.Cena za osobę taka sama: 75zł za dobę. Jest bardzo dobrze. Pokoje z łazienkami, czyste i zadbane. Do okoła trwa impreza – a konkretniej ukraińskie wesele (jak się później okazało miesiąc wrzesień jest takim specyficznym miesiącem w kulturze rosyjskiej, że odnawia się przyrzeczenia małżeńskie i obchodzi się tak jakby 2 wesele tańce śpiewy pijaństwo). Zdejmujemy z moto bagaże. Wszyscy się na nas patrzą. Łańcuchy i blokady z alarmami na wszelki wypadek – ale i tak cały czas milicjant stoi obok. Jak ktoś z imprezowiczów podchodzi pooglądać to zaraz za nim stoi ochrona i też ogląda co robi.  Pora realizować plan dalej. Kto idzie po piwo? Ja wybrałem prysznic. Po tak długiej podróży zimne piwo jest jak najbardziej wskazane. Pozytywnie naładowani, zdolnością przezwyciężenia przeciwności losu ruszamy się rozejrzeć i coś zjeść. Jedzenie pozostaje nam tylko w miejscu gdzie trwa wesele, gdyż jesteśmy na samym końcu miasta – ale to nic. Pojedli, popili i zdobyli dostęp do WiFi (po ciężkim boju z hasłem). Pora na Morje! Czyli pierwszy kontakt z wodą Morza Czarnego. Jest już późna noc, a my po długiej trasie, zwiedzamy lokale przy plaży i chodzimy w morskiej wodzie. Ogólnie ludzi raczej dużo nie było, nie ten dzień tygodnia widocznie. Właściwie już czwartek ale, jestem pewny, że tak samo jak u nas życie nocne rozpoczyna się w okolicach piątku.  Reperacja zamka do drzwi wejsciowych Pora wracać i iść spać… tyle, że trudno wejść do pokoju przez zamknięte drzwi, które bez (zgubionego) klucza nie chcą się otworzyć.  Zając wziął na wyjazd spodnie z dziurami w kieszeniach i klucz przepadł w nocnych czeluściach plaży w Odessie. Ciekawe co jeszcze dzisiaj się wydarzy? Godzinę i “100 Hrywien” za nowy zamek, a przy okazji kupę śmiechu z „Majstra” co przyszedł nam ten zamek wymieniać, zły że o tej godzinie zamiast siedzieć z kolegami przy piwku włamać się musi nam do pokoju. Wymiana polegała na rozkuciu dookoła zamka w stalowych drzwiach otworu by mozna było przecinakiem urwać jezyk wkładki zamka. Dobrze, że skończyło się na 100 Hrywnach bo patrząc na „Majstra” jak włamywał się nam do pokoju to myślałem że zapłacimy za całe drzwi :). Chłop okazał sie w porzadku i nawet z nami wypił piwko po skończonym włamie do pokoju. Na fotce zwierzak prostujące pogięte części zamka przez „Majstra” 

Dzień drugi

Barszcz Ukraiński Jak na piękny czwartkowy poranek przystało wstaliśmy bardzo wcześnie i poszliśmy zwiedzać zabytki architektury. Nie no dobra, bez jaj. Ledwo co wstaliśmy i po orzeźwiającym śniadaniu – ponieważ motocykle miały dzień wolnego – wyruszyliśmy podbijać Odessę. Plaża, ciepły wiatr od morza… wakacje. Po tak optymistycznie rozpoczętym dniu przyszła pora na plażę. Przejechać 1200 km by wykąpać się w Morzu Czarnym. Można! Bo kto zabroni? Plaża przy miejscu naszego noclegu raczej średnio nadawała się do pływania z racji na bardzo blisko położony port. Jednak po wycieczce taksówką na plażę o nazwie “Delfin” mogliśmy rozpocząć właściwy wypoczynek. Taksówki tanie jak barszcz, całe miasto za 20zł? Żaden problem – sprawdzaliśmy wielokrotnie.

Plaża Sylwek Zvierzak z Zającem Plaża Delfin: Równiutko ustawione leżaki z parasolkami, 50 hrywien i można zająć miejsce na cały dzień. Napoje przynoszą do stoliczka, który jest przy leżaku. Szum morza, śliczna pogoda, piękne kobiety, słońce, plaża – nic tylko wypoczywać. Woda oczywiście słona i to dużo bardziej niż w Bałtyku.

Po plaży pora trochę pokręcić się po mieście. Deptaki, schody Potiomkina, Opera. Miasto bardzo przyjemne, jest na czym oko zawiesić – dosłownie. Chłodnik na zakwasie  W drodze do portu zatrzymujemy się w miłej restauracji Panie kelnerki w tradycyjnych ukraińskich strojach serwują pyszne ukraińskie dania, Zwierzak zakochał się w przepysznym chłodniku na zakwasie (zupa warzywna, na zimno, ze świeżymi warzywami, zalana zakwasem chlebowym). Punktem kulminacyjnym były orły… i jeszcze “za moją małpę 100 hrywien” czyli pewne grupy etniczne czy też mniejszości narodowe w każdym kraju są takie same, że tak delikatnie to ujmę. Sami posadzili nam te orły na ramiona, kazali robic zdjęcia, a MY GŁUPKI zamiast sie zastanowić trzy razy to za aparat i sesja zdjeciowa (chyba najdroższa jaka miałem :D) Skasowali nas na jakieś 600 Hrywien  co uważam, że i tak dobrze sie skończyło bo narobiliśmy tyle rabanu, że zleciało sie tyle kolesi niewiadomego pochodzenia że równie dobrze mogło sie skończyć jakąś rozrubą. Po ochłonięciu, śmiech nas ogarnął, że w tak prosty sposób dalismy sie zrobic jak małe dzieci, zresztą do dziś nas to bawi i z biegiem czasu wydaje sie to niezła przygoda.

Orły - Czyli jak uszczuplić swój portfel :) Po „orłach” udajemy sie w stronę portu, do którego prowadza wielkie schody majace aż 192 stopnie i nazwane na cześć buntu na pancerniku Potomkin – Schody Potiomkinowskie (Potiomkinskaja liestnica). Schodzimy do portu gdzie w jego środku stoi najwyższy chyba budynek okolicy – hotel. Jak wieść niesie bardzo drogi ale patrząc na wielkość, mnogość i przepych jachtów otaczających przystań nie stanowi to jakiegoś ogromnego problemu. Pocieszeni, że zwiedziliśmy kawałek Odessy, z dziurą kilkuset zł w portfelach wracamy do Domu Pavlovych. Dzień po długiej trasie ma to do siebie, że człowiek wieczorem pada jak zabity. By nie odstawać za bardzo od tej motocyklowej tradycji wykonuję pad na twarz do łóżka i w tej pozycji pozostaję aż do rana.

Kilka fotek poniżej

A ponizej cos miłego dla oka 🙂

Motocykle Moja Pasja – Odessa 2012 cz. 1/2
Watch this video on YouTube.

468 ad